Amerykańska kinematografia w pigułce

Dlaczego oglądamy filmy? Co takiego sprawia, że pewne sceny na długo zostają w naszej pamięci, a niektóre teksty na stałe wpisały się w naszą codzienność? Czy to dlatego, że ta fikcyjna wizja artystyczna jest bliska naszym marzeniom, a z drugiej strony obawom?

„La La Land” w reż. Damiena Chazelle’a jest hołdem złożonym amerykańskiej kinematografii. W filmie znajdziemy nawiązania do filmów z Fredem Astairem i Ginger Rogers, Deszczowej piosenki, O północy w Paryżu Woody’ego Allena, magii Disney’a i wiele innych. Fantastyczna muzyka Justina Hurwitza, doskonale wpleciona w akcję, nawiązuje stylistyką do musicali hollywoodzkich. W pewnym momencie zmienia się nawet rozmiar obrazu – nawiązanie do szerokopasmowego obrazu w produkcji filmów w latach 50. (Cinema Scope). Nawet struktura scenariusza odpowiada konstrukcji wynalazku amerykańskiego – gatunku komedii romantycznej.

Film Chazelle’a pokazuje jak mocno film wrósł w naszą kulturę. Wszyscy chcemy czasem się poczuć jak w bajce, dążymy do szczęśliwego zakończenia. Początkowo losy Mii (Emma Stone) i Sebastiana (Ryan Gosling) układają się jak w przysłowiowej bajce – kilka przypadkowych spotkań, ona zaczarowana jego muzyką, szczęśliwe zbiegi okoliczności i przepis na wielką miłość gotowy. Ta miłość ich uskrzydla i dzięki niej obydwoje nabierają wiatru w żagle. Zdobywają się na odwagę, by spełniać swoje marzenia. Z sukcesami. Ale do czasu. Musi oczywiście pojawić się konflikt, perypetia, zwrot akcji. W tym momencie film zaczyna bardziej przypominać życie. Pochłonięci pracą, nie mamy czasu dla najbliższych. Kłótnie odsłaniają nasz prawdziwy punkt widzenia. Ale możemy znowu zainspirować się kinem i odważyć walczyć o marzenia.

Choć ten opis brzmi może nieco kiczowato i sentymentalnie, nie jest moim zamiarem go wyśmiać. Film jest doskonale wyważony i w żadnym calu nie kiczowaty. To prawdziwa opowieść o potędze marzeń i tym jak kino naprawdę może nas inspirować. Dzięki filmom ośmielamy się marzyć większe marzenia. Napełniają nas nadzieją, nawet gdy jest ciężko.

Kino jest wspaniałe i można się nim inspirować, ale nie można tak żyć. Życie to nie bajka. Fantastycznie pokazuje to zakończenie filmu. Gdy główni bohaterowie spotykają się po 5 latach od zakończenia ich związku, Mia jest szczęśliwą mężatką i matką, cenioną aktorką. Ruszyła dalej ze swoim życiem. Sebastian, który zdaje się dalej marzyć o przeszłości, otworzył klub jazzowy pod nazwą zaprojektowaną niegdyś przez Mię. I wtedy melodia, która jest motywem towarzyszącym ich miłości, jest punktem zapalnym do marzycielskiej wizji innej przeszłości, w której dalej są razem. Film można zmienić na tysiące sposobów. Ale oni wiedzą, że życie to nie film. Życie to dokonywanie wyborów i ponoszenie ich konsekwencji. Momenty „jak z bajki” to tylko dodatki. Mia i Sebastian dokonali dobrych wyborów i to jest ich „happy ending”.

Znakomita reżyseria Damiena Chazelle’a uchroniła film od przesadniej słodyczy i kiczowatości. Płynne wejścia piosenek i ich oniryczna wizualizacja zachwyci nawet przeciwników musicali. Emma Stone i Ryan Gosling bardzo dobrze sprawdzili się w głównych rolach. Stone pokazała jak ze skrajnego idealizmu w tym trudnym świecie można przejść do zdrowej ambicji. Gosling zaskoczył bardzo pozytywnie w roli jazzmana-pasjonaty, który od idei musi przejść do czynu. Okazuje się, że jest świetnym piosenkarzem, tancerzem i pianistą. W rolach drugoplanowych wspaniali J. K. Simmons, John Legend i Rosemarie DeWitt.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s